Przed sezonem 2016/17

October 18, 2016

Czekając na sezon 2016/17 zapowiedź https://www.youtube.com/watch?v=XaMyONI_SxY

NEVER DOUBT RIPCITY

April 16, 2016

Naprawdę opuściła mnie wena twórcza w kontekście podsumowania sezonu Portland Trail Blazers. Tyle chciałoby się napisać, iż trudno wydusić z siebie jedno normalne zdanie

 

Jedno jest pewne- nikt (prawie nikt, bo ja tak) nie wierzył przed sezonem, iż od dzisiaj trzeba będzie ponownie wejść w tryb nocny oglądając zmagania playoffs, w których to Blazers na dzień dobry zmierzą się z LAC.

 

Było w ostatnim okresie kilka pięknych chwil, chociażby legendarny rzut wygrywający serię z Houston. Były wielkie szczegóły, kiedy sezony pozostawały przegrane- wspomnę tutaj opisany niżej pojedynek w Cleveland, kiedy szaleństwo przekazał na trybuny BATUM.

 

Ten sezon jest jednak wyjątkowy. To w nim skazani byliśmy na pożarcie. To w nim mieliśmy walczyć o to, aby nie być najgorszą drużyną w całej lidze. To w nim były wielkie-małe zwycięstwa i przykre porażki. To w nim zobaczyliśmy prawdziwego lidera na boisku i poza nim w postaci Lillarda. To w nim jesteśmy największą niespodzianką sezonu i to w nim powalczymy jeszcze o coś więcej

 

Te 82 spotkania to doskonały materiał na film motywacyjny o tym, iż nigdy nie można się poddawać, iż tylko od nas zależy wygrana. Czy to w sporcie czy w życiu.Ja tego sezonu, chociaż wynikowo były lepsze, nie zapomnę nigdy a w mej głowie zawsze pozostanie zdanie „NEVER DOUBT RIPCITY”, które i ja „NEVER DOUBT LUCJANTRADE” i ktokolwiek inny może sobie powtarzać w trudniejszych chwilach życiowych..

Multimedialnie- BLAZERS oraz PORTLAND

March 31, 2016

Druga wyprawa do PORTLAND

March 30, 2016

Krótka relacja z drugiego wyjazdu do PORTLAND

 

W drodze na mecz

 

Relacja z MODA CENTER

Pierwsza wyprawa do PORTLAND

March 30, 2015

W roku 2015 ma miejsce pierwsza wyprawa do Porland. Relacja na stronach polskiego fan bloga 

 

Część pierwsza 

 

Część druga

 

Część trzecia

Rok 2012- Blazers w Cleveland

December 01, 2012

CLEVELAND CAVALIERS - PORTLAND TRAIL BLAZERS 117:118 2OT

 

Mając w pamięci zeszłoroczne spotkania W Milewakee czy też Indianie a więc w miastach mniej więcej podobnych wielkościowo do Cleveland sprawę biletów na to spotkania bagatelizuje. Dodatkowo Cavs zajmują jedno z ostatnich miejsca a przyjeżdża owszem potęga i najbardziej emocjonująca drużyna, ale tylko dla piszącego. 4 porażki z rzędu na wyjazdach to także argument.

 

Spokojne spojrzenie na portale biletowe na dwa dni przed spotkaniem, po drodze oczekiwania na miejsca w 4-5 rzędzie od boiska i…… bilety wszem w sieci są tyle, że sztuk….4. Dwa w absurdalnej cenie i dwa za koszem. Jak na całą halę jakby trochę mało. Szybkie poszukiwania w innych miejscach i sukces podobny. Wraca taktyka z Chicago- wyjazd na mecz bez biletu.

 

Tytułem wstępu. Cleveland najpiękniejszym miastem w USA jest i basta. A jeżeli nie samo downtown to na pewno przylegające do niego dzielnice Edgewater i Lakewood. W Portland zapewne nic o tym nie widzą, ale dzięki temu zmieniam układ sił w lidze- zgoda z Milewakee zamienia się „układ” a do grona przyjaciół zapraszam Cleveland. Nigdy co prawda nie darzyłem tej drużyny jakimikolwiek emocjami, ale z racji zamieszkania to trochę musiało się zmienić. Można powiedzieć, iż w miarę ich akceptuje od niedługiego czasu.

 

Do hali Cavs dzieli mnie 30 minut marszu. 5 minut autobusem lub 10 kolejką miejską. Mając w pamięci różne przygody w ostatnim czasie bezpiecznie rezerwuje sobie na podróż 7 godzin. Po 15 minutach jestem u celu. Szybkie zajęcie się innymi sprawami i godzinkę przed meczem odziany w bojowe koszulki Portland melduje się przed halą. Jedno okrążenie, dwa okrążenia i nikogo- szczerze powiedziawszy zaczynam podejrzewać, iż w Ohio sprzedaż biletów jest chyba nielegalna. W każdym razie koszmar internetowy potwierdza się.

 

Ostatnia deska ratunku- okienko ticket. O dziwo ktoś tam jest. Patrzymy, spoglądamy i bilety są. Pojedyncze ale są. Mało atrakcyjne ale lepszy rydz niż nic. Ląduje na drugim piętrze w stylu podobnym do tego oglądanego w Chicago. Jako, iż chęci miałem dobre a zawiodła podaż wykonuje manewr jeszcze nie w USA nie próbowany- zjeżdżam windą na Lower lewel i zasiadam tam gdzie jest miejsce. Szybkie przywitanie z okolicznymi fanami i wszystko jest w należytym porządeczku. Rząd ten sam tylko piętro inne na które podobno nie dało się kupić biletów. Dla spokoju informuje o sytuacji stewarda, wyraża zrozumienie dla gościa i życzy udanego meczu.

 

Muszę powiedzieć, iż publika robi wrażenie. Pomimo wyników wierność rządzi. Hala naprawdę miło zapełniona fanami, co prawda prezentują oni styl taki sam jak w całych USA, ale nie jest źle. Zdecydowanie najbardziej odpowiadająca mi publiczność z wszystkich spotkań oglądanych na żywo, oczywiście nie licząc najbardziej fanatycznych trybun w Portland.

 

Jedyny minus to lekko denerwujący osobnik siedzący rząd wyżej- w drugiej kwarcie, kiedy pojawia się na parkiecie mój „ulubieniec” Freeland i nagle rzuca prawie z okolic linii za 3- zaskarbił sobie on moją sympatię krótkim „who fuck is Freeland”. Freeland był zresztą kluczowym zawodnikiem w tej fazie meczu, przecierałem oczy ze zdumienia. 8-9 punktów to chyba rekord życiowy, do tego brak strat, wsad. Rewelka.

 

Cały meczu w okolicach remisu, pierwsza kwarta beznadziejna, Batum nie potrafi zakończyć dwóch wsadów, postawa bezbarwna. To co najlepsze jednak przed nami. 35 sekund do końca i przewaga dwóch punktów. Cavs nie trafiają, piłka leci i zbiórka gospodarzy. Poprawka- remis. Ostatnia akcja młodziaka nieudana, dobitka LaMarcusa po czasie. Można usiąść ponownie na krzesełko ponieważ ostatnie dwie minuty oglądam z okolic schodów i dzielącej mniej barierki z około metrowym uskokiem, który rozpoczynał sektor najbliżej boiska.

 

Pierwsza dogrywka punkt za punkt, trójka za trójką. Sytuacja powtarza się. Przedostatnia akcja Cavs i remis. Pozostaje kilak sekund, Lillard nie trafia Batum zbiera….. i kosz. Nie ma molziwości powstrzymać emocje, przeskakuje barierkę i zmierzam w kierunku parkietu. Batum chyba widzi lecącą koszulkę Portland na trybunach i udając samolot zmierza w moim kierunku. Szybkie przypomnienie sobie jak po francusku powiedzieć „You are hero” i nagle ryk publiczności. Punkty cofnięte powtórka sędziowska. Spoglądając na telebim już widzę- trzeba wracać na schody.

 

Maszyny popcornowe rozgrzane do czerwoności, Catering zamawia nowe parówki do hot-dogów, druga dogrywka faktem. Pierwsze 2 minuty kosz za kosz na 100% skuteczności. Odjazd Portland na 4 i pogoń Cavs. Ostatnie 30 sekund i 1 punktowe prowadzenia gospodarzy, Lillard, drybling i….. strata. W sektorze 111 rozpacz. Kontra gospodarzy i cud- nie ma 3 punktowego prowadzenia. Portland przy piłce, próba rzutu- nic z tego. Faul 2,5 sekundy zostaje do gry. Cavs wykorzystują jeden osobisty i na trybunach pewność wygranej. Rzucać za 2 czy za 3- głowie się przez chwilę, aby za 20 sekund zobaczyć rzut fart Batuma- piłka wpada, jednopunktowe prowadzenie faktem. Tego już za wiele, tym razem prawie salto przez barierkę i euforia przy boisku. Zostaje jednak 0,2sm które o mały włos nie zakończyło się tragicznie….

 

Mecz mała historia. Może nie będzie mistrzostwa, może nie będzie ósemki, ale nie zmieni to tego że dla takich chwil się żyje.

 

Wieczór upływa na umacnianiu zgody w barach downtown…..

Please reload