Wielkie Jabłko

Jedyne, co pamiętam z genezy ostatniej wyprawy do NY to cena biletu. To ona zachęciła mnie, aby znów odwiedzić Państwo Trumpha, chociaż nie jestem tam przecież aż tak mile widziany a i powodów zwących się Blazers tym razem być nie mogło- sezon ogórkowy. Cóż, lepiej jednak pochodzić po tamtejszych chodnikach niż trzy razy odwiedzić Lublin zahaczając o jeden dzień w Toruniu. Cena ta sama

Jak już bilet jest to i jakiś plan się zrodził. Tym razem SixFlag w NY później z niewiadomych przyczyn Pittsburg aby dnia następnego wylądować w dobrze mi znanym Cleveland. Tam oczywiście szybki wypad do CedarPoint i na siłę wyprawę można będzie uznać za sensowną. Oczywiście plan był tylko zarysowany więc mogło z niego wypaść kilka punktów albo jak się później okazało mogły też wypaść wszystkie.

Kto mnie zna ten usiąść musi obowiązkowo- nie spóźniłem się na samolot z Warszawy. Szkoda, bo przynamniej na tym by się ten tekst zakończył. Szczerze powiedziawszy to już nawet nie pamiętam gdzie ja miałem przesiadkę, ale na pewno nie w tym pojebanym Amsterdamie, gdzie wylądowałem już dwa razy na kontrolach osobistych. Jako, że Luthwafe to pewnie jakiś Frankfurt. Jedyne, co pamiętam to że znów się nie spóźniłem aczkolwiek i tak wchodziłem standardowo ostatni. Tym razem głównie przez fakt, iż naszły mnie wątpliwości czy sobie jednak tego wyjazdu nie odpuścić.

Lądowanie w Newark to pewna nowość, wszak trochę mnie na tym lotnisku nie było. Oczywiście syf kiła i mogiła plus 2 godziny czekania w kolejce, aby łaskawie wejść do tego kraju. Tym razem miałem lekką zagwozdkę bo przecież sam nie wiedziałem po co przyjechałem a w tym okieneczku pytanie to dostane z marszu. Kto by się tam jednak przejmował pierdołami, szczególnie, iż stanie w tej kolejce jest tak wkurwiające, iż zawsze sobie powtarzam, iż nie będę już latał do NY ani Chicago.

Jako, iż ten tekst i tak się nigdzie nie ukaże to oczywiście mogę od razu wypalić, iż standardowo zostałem aresztowany, chociaż słowo standardowo nie pasuje tutaj aż tak dobrze, bo kilka razy wpuścili mnie bez takowego przywitania. Oczywiście jednak NY to NY. Godzina wyjaśnień to minimum a już na wstępie dostałem przeciwnika w postaci baby o wadze 150kg zajadającej pączki, która dodatkowo wypaliła, iż mam zatrzymane prawko za jazdę po pijaku. Ja i jazda po pijaku… wkurwiłem się maksymalnie i nie omieszkałem tego wyartykułować. 150 kg też się zdenerwowało na moje zdenerwowanie, ale przy okazji okazało się, iż jednak to ja mam rację a ta kruszynka popatrzyła na inny przypadek. Skończyło się na szybkim wyprostowaniu tematu i wbiciu pieczątki na 6 miesięcy. Po kij mi 6 miesięcy jak ja już za 20 godzin będę chciał wracać. Oczywiście wtedy jeszcze wydawało mi się, iż to będzie raczej 120 godzin.

Na bagaż czekać nie musiałem bo przecież takowego nie miałem. To była zresztą zawsze zagwozdka w Amsterdamie stąd te ich grzebanie po wszystkich dziurach. Pamiętajcie jednak, aby nie poszła plotka, iż nie wszystkie dziury mam tutaj na myśli. Dosyć szybko jednak okazało się, iż oprócz bagażu nie mam także kart płatniczych i tutaj myśli szybko wróciły do Niemiec, gdzie przy zmianie krzesełka w samolocie takowy musiałem zostawić. Kto by się tam jednak takimi szczegółami przejmował- mam gotówkę. Przecież ja zawsze jestem na wszystko przygotowany

Liczenie monet skończyło się na liczbie 21$. Sporo szmalu jak na 5 dni. Jeszcze nagle na tyle zgłodniałem, iż musiałem od razu wydać 2$ na moje ulubione paluszki- jak szaleć to szaleć. Usiadałem jak król na ławeczce lotniskowej i zajadając się słonymi smakołykami ze stoickim spokojem zastrzegłem karty. Jest git. Już wtedy przyszło mi na myśl, iż może by tak nie ruszać się z tego lotniska i wrócić do PL. NY jednak wzywa.

Przyznam szczerze, iż sprawa mogła być mniej beznadziejna ponieważ miałem hotel na lotnisku. To znaczy miałem jeszcze na dzień przed wylotem bo sobie go anulowałem i do dzisiaj nie mogę sobie przypomnieć w jakim celu to zrobiłem. Za 19$ to człowiek może jednak poszaleć, więc rozważania te zostawiłem przynajmniej na późniejsze godziny.

Jebana kolejka do NY zabrała mi 12$, ale przecież nie będę na dzień dobry śmigał do wielkiego jabłka na nogach, zwłaszcza, iż po drodze czai się rzeka. To pozwoliło mi trochę trzeźwiej spojrzeć na sytuację, ale przecież jeszcze mam 7 zielonych a do rana tylko jakieś 16 godzin. Rano natomiast dostane amerykańskie karty do mojego starego tamtejszego konta. Luzik. Od razu przypomniałem sobie, iż NY to miasto które nigdy nie zasypia, więc oczywiste jest, iż ja także zasypiać nie będę. Ponadto mam tam kilka starych punktów do zwiedzenia.

Zapyta ktoś czemu jednak nie wziąłem hotelu i nie zapłaciłem rano. No był taki plan, ale uznałem, iż 2 gwiazdki w cenie biletu lotniczego to jednak przegięcie. Chuj- przetrzymam

Początki złe nie były ponieważ już na samym początku znalazłem hostel a w nim przechowalnie bagażu. Wspomnę od razu, iż udało się to załatwić za darmo, co przy moim 7$ budżecie było na wagę złota. Gdybym miał całą noc chodzić z moim laptopem ważącym 5 kilogramów to kużwa bym się zastrzelił na wstępie. Można westchnąć- co tam zostawić bagaż. O razu Wam mówię, iż w NY to szybciej spotkacie słonia i go dosiądziecie niż zostawicie gdzieś bagaż. Pojebane miasto.

Bez dwóch zdań na dzień dobry sukces odtrąbiłem

 

Szybko odtrąbiłem też kolejne 2$ na wodę. Pić coś trzeba a temperatura do zimowych zdecydowanie nie należała. 5$ zostawiłem jednak na czarną godzinę. Ma się to zarządzanie pieniędzmi we krwi.

Póki jeszcze jasno za cel obrałem sobie HIGH LINE PARK, z którego filmik krąży w sieci. Z tego, co pamiętam to sił wtedy jeszcze miałem sporo pomimo lotu i zmiany czasu. Niestety czas jakby tak wolno leciał. Chelsea to jednak fajna dzielnica więc patrząc na ludzi jedzących sobie tam kolację i nie martwiących się o rachunek godzinka zleciała mi zanim się obejrzałem. Niestety oznaczało to rejony 22. Nie ma tego złego- kolejny cel kibel. Wybrałem sobie ten oddalony o jakieś 30 minut drogi i nic to, iż znajdował się on w jednym z lepszych hoteli nowojorskich. Jak już tam kiedyś spałem to układ pomieszczeń znam na pamięć. Kilka pewnych gestów i mam być tam gdzie mam być. Gdybym się bardziej postarał to i by mi jakiś pokój przez przypadek dali

Kużwa dopiero 23

Decyzja o ławce w parku już i tak została podjęta. Gdzie ja pójdę za 5$, z każdego klubu mnie wyjebią jak się dowiedzą o stanie mojego majątku. Ktoś pomyśli, że wybiorę niby Central Park, ale to nie dla mnie- wolę hotele butikowe. Wybór padł więc na Chelsea Waterpark. Fajnie i miło tutaj tylko ławki metalowe a nie drewniane. Widać drzewa z Bialowieży nie dowieźli. Godzinę na tym człowiek posiedzi i już ma ochotę się ulotnić. Ponadto od rzeki to jednak chłodno się robi nawet w cieplutkie dni a przecież z takim mieliśmy do czynienia.

30 minutków po północy ruszyłem tyłek i wybrałem się na ponowne zwiedzanie dzielni. Nie powiem jednak, aby moje nogi były szczególnie z tego faktu zadowolone. Do mojego butikowego hotelu wracam po 40 minutach i wybieram pokój z widokiem na miasto a nie na rzekę. Mam już wszystko w dupie więc w nadziei, iż ze zmęczenia padnę kładę się na tych metalowych rurkach. Niewygodnie w chuj, ale udaje że będę spał.

Udaje to najlepsze słowo. No ja pierdole nie mam talentu do spania na ławce. Jeszcze przychodzi jakiś ziomek z dzielnicy i zaczyna ze mną gadać. Ziomek oczywiście też stały bywalec naszego wspólnego hotelu. Kużwa pomimo wrodzonego talentu do nic nie mówienia to o czymś gadać trzeba ale jakoś nie do końca łapałem propozycje narzucone przez mojego towarzysza. W końcu się wkurwił i poszedł. Jak widać ze mną nawet bezdomny ma problemy się dogadać.

Jedyny plus, iż trochę czasu minęło. Stawiałem, że jest przynajmniej 3 rano, ale jak spoglądam na zegarek to załamka jest pełna. Wybiła druga. Ja pierdole. To słowo pamiętam w mojej głowie doskonale

Nie będę już Was męczył kolejnymi wyprawami, ale powiem tylko, iż na Times Squere o 5 rano jest naprawdę mocno chujowo. Oj chujowo chujowo. Szczególnie, jak się ma 5$ co raczej króla ulicy ze mnie nie robiło. Zupełnie bez żadnego skrępowania dostałem kilka propozycji zakupu tego i owego, chociaż gliniarzy na TS jest i o 5 rano bez liku. Dokładnie tyle samo propozycji napłynęło od kobiecych orędowniczek nocnego spacerowania, ale nie chce wiedzieć, co mógłbym dostać za 5$. Generalnie więc udawałem głuchego i z racji zmęczenia to nawet była prawda

Wiem, że nie możecie się doczekać na co poszło 5$. Kawę sobie o 6 rano kupiłem jak już wizja otwarcia banków w rejonie 8 zrobiła się cokolwiek realna. Ja pierdziele cóż to było za szczęście siąść sobie przy gorącej kawie. Po całej nocy nie mogłem wyglądać tak źle bo tamtejsi bezdomni dalej prosili mnie o dolara. Przespać to jednak nie przespałem ani minuty. O godzinie 9 dostałem kartę CHASE i świat stanął otworem.

Z radości postanowiłem, iż wracam do Warszawy.

Wiem, iż to było mało sensowne, ale zamiast nacieszyć się trochę słonecznym NY to zacząłem operację lotnisko. Zresztą jak ktoś nie przespał całej nocy, dodatkowo nie spędził jej w hotelu to wie, iż słoneczna pogoda wcale nie jest najlepsza w takich momentach. To już wolałbym naprawdę deszcz.

Dawno mnie nie było w Newark więc już tam zmierzam. Cel biuro Lufthansy. Jak już się te 40 minut najechałem to okazało się, iż biuro otwarte będzie za 3 godziny. Zajebiście. Za dwie natomiast otwierają na Kennedym. Akurat 2 godzinki mi zejdzie tam dojechać- no więc jadę.

Tutaj niespodzianki nie będzie. Dojechałem i załatwiłem. Załatwiłem to, że biletu zmienić się nie da. Muszę siedzieć 4 dni i koniec. Kuźwa więzienie jakieś. Dodatkowo ten pojebany Internet lotniskowy działa na pół gwizdka co mnie irytuje maksymalnie. Przypomniałem sobie jednak, iż mam już więcej niż 5$ więc problem rozwiązałem.

Jak już muszę tutaj siedzieć to przynajmniej wrócę do pomysłu samochodowego. Oczywiście jednak ceny samochodów jakieś wysokie, przynajmniej  z punktu widzenia tego, co brałem wcześniej. Włącza mi się tryb oszczędzania i postanawiam samochodu nie brać. Hotel jednak muszę, bo drugiej nocy na ławce nie zdzierżę.

Booking.com i znajduje niezłe miejsce w dobrej cenie. Urlopie zaczynaj się! Jadać kolejką od razu wymyślam, iż idę na dobre chińskie żarcie gdzie przy okazji nacieszę oko tamtejszymi przedstawicielkami płci pięknej. Zaczyna mi się podobać w tym NY

Hotel Nyama na 6 i 32. W dobrej cenie i w sumie niezła jakość. Wreszcie jest łóżko, ale kij tam na razie idę jeść. Spać będę później.

Jak już wylazłem to zbyt daleko nie dane mi było się oddalić. Tym razem się wkurzyłem na giełdę. Na tyle się wkurzyłem, iż China Town pozostało celem porzuconym a ja wróciłem do pomysłu „powrót” i to nie był tylko powrót do hotelu. Poszedłem szybko na całość i kupiłem bilet powrotny w jedną stronę liniami ukraińskimi. Już raz nimi leciałem więc wiedziałem, ze startują jako ostatni. 30 minut po północy. No i dobrze, pa pa NY

Jako, iż mam wolne 2 godziny postanawiam skorzystać z tego zajebistego, przynajmniej w porównaniu do ławki , łoża. Ja pierdziele ale wygodnie. Pośpię 90 minut i jadę na lotnisko. Pospałem godzinkę dłużej, ale wciąż była szansa, iż wyrobie się metrem. Generalnie niewielka, ale była. Mogłem wezwać Ubera i mieć spokój ale po co. Fakt, gość w recepcji się lekko dziwił dlaczego chce się wymeldować o 22, ale klient nasz pan. Za chwilę zdziwi się jeszcze bardziej.

Ten jebany pociąg się na mnie uparł. Jak można jechać tak powoli. W połowie drogi już wiedziałem, iż z lotu nici. Walczyłem jednak do końca- z marnym skutkiem, chociaż w moim mniemaniu spokojnie mogli mnie wpuścić bez bagażu. Błagać jednak zamiaru nie miałem więc rzucając słodkie bye bye wróciłem na stację kolejki, gdzie przypomniałem sobie, iż jestem już jednak lekko zmęczony. Przez to zmęczenie wysiadłem jeszcze na złej stacji po czym wczołgałem się się do Hotelu Nyama i tym razem już błagając zapytałem czy przypadkiem mogę się zameldować drugi raz na tę samą rezerwację.

Mogłem i dzięki temu wreszcie przyszedł czas snu…..

Wspomnienie pierwszych 24  godzin w NY towarzyszyło mi podczas standardowego śniadania hotelowego składającego się z gofrów własnoręcznie wysmażonych oczywiście. Do tych z Polanicy nie mają jakiegokolwiek startu ale to wiadome. Kawy hotelowej to nawet nie próbuje, łykam najwyżej ich sok pomarańczowy jeżeli tylko nadaje się do spożycia Szybkie pakowanko w postaci laptopa i wyruszam na podbój nowojorskich ulic

Podczas owego spaceru nie wydarzyło się nic szczególnego uwagi, więc jak człowiek chce to potrafi. Nie liczę małego spięcia z przedstawicielem czarnoskórej organizacji przesiadywania chodnikowego, ale tym razem postanowiłem, iż nie będę robił afery widząc w jego oczach pasję do bycia Mikem Tysonem. Dolazłem wreszcie do tego China Town i zaserwowałem sobie pyszną zupkę oraz piwko. W sumie to piwko mogłem sobie w ten upał odpuścić.

Jako, iż cały plan wyjazdu spalił na panewce trzeba było wymyślić, co tutaj przez 3 dni robić. Palcem po mapie byłem już w każdym zakątku USA, ale jednak te 3 dni ograniczały mobilność. Jakby to nie zabrzmiało to w NY się po prostu zanudzę na śmierć. Doszedłem więc do wniosku, iż wyjadę na wybrzeże i to nie to bardziej wypasione, ale w stronę Kanady. Później plan zmienił się na pobyt nad rzeką Hudson głównie przez to, iż znalazł się super hotel w dobrej cenie. Tymczasem ja komfortu potrzebowałem.

 

Wyjazd na wieś logistycznie był stosunkowo prosty, chociaż jak wiadomo tutaj bez auta to i tak jest wszystko trudne. W trybie ekspresowym zaatakowałem jednak pociąg do Tarrytown, aby z niego mieć autobus do finalnego Nyack. Nic o tym miasteczku wcześniej nie wiedziałem

Cała podróż lekko posypała się w Tarrytown ponieważ zaginął autobus przesiadkowy, który później znalazł się po rozładowaniu korka na moście powstałego po wypadku. Szkoda tylko, iż to rozładowanie trwało 2 godziny a w międzyczasie przez miasteczko przeszły dwie burze. Bez netu na stacji kolejowej czułem się jak klasztorze. Takie pierdoły to jednak tylko pierdoły

Lubię jak wyobrażenia nie mijają się wielce z rzeczywistością a taki był właśnie THE TIME NYACK. Zajebisty hotel szczególnie jak zapomnimy, iż znajduje się na ulicy cmentarnej. Taki też miałem widok, ale sam pokój był tak loftowo przestronny że mogłem mieć i widok na wysypisko śmieci. Co tu robić w tym Nyack. Od razu przeszło mi przez myśl, iż może wrócę do NY na spacer. To byłoby w moim stylu. Zamiast tego otwieram jednak neta i sprawdzam tamtejsze restaurację. W samym miasteczku było ich bez liku, ale ja musiałem wybrać taką na końcu świata. Godzinę zajęło mi dotarcie do niej i dwa razy tyle, aby wrócić. Pewnie nastawiacie się na to, iż powiem „było warto”. Nie było i to zdecydowanie.

Koniec głupich pomysłów- wracam do Nyack. Samo miasteczko naprawdę przyjemne, ma swój klimat. Przyjaźnie i spokojnie. Jako, iż zbliża się wieczór zasiadam w jednym z barów, aby obejrzeć play-offy NBA i jakoś dotrwać do rejonów 23-24. Żadnych przygód, miła pogawędka przy barze z tamtejszą obsługą, mały filmik dla kolegi z Polski i dreptając 20 minut jestem już w swoim loftowym pokoju. Spoglądam jeszcze na imprezkę duchów cmentarnych i w tych okolicznościach przyrody budzę się kilkanaście godzin później.

Został mi jeszcze jeden cały dzień i połówka kolejnego do wylotu. Spoglądając na ten wyjazd mam pewne obawy czy przypadkiem ryzyko mostu nie jest zbyt duże w kontekście powrotu na samolot. Znając życie jak będę jechał to go zamkną a już kolejnego biletu w tej wyprawie nie kupuje. Plan więc jest taki, iż ulokuje się gdzieś blisko linii kolejowej i znajduje hotel, który mniej więcej odpowiada moim wymaganiom. Ten to już jest w środku naprawdę niczego.

Zanim jednak tam dotrę znów mam cały dzień. Wiejski klimat warto jakoś wykorzystać a że około godzinki drogi w tenisówkach Nyack oferuje jakiś mały park narodowy to przynajmniej jest jakiś cel. Kawka w mieście i spacerkiem  docieram. Szczególnie pięknie to tam jednak nie było, ale kilka klimatycznych miejsc udało się znaleźć. Z nudów znajduje też kino w pobliskim centrum handlowym, gdzie jestem świadkiem żenującego według mnie filmu o Królu Arturze. Obejrzałem i zrecenzowałem w zaprzyjaźnionym portalu.

Największym sukcesem był fakt, iż jakoś do hotelu dotarłem używając masowych środków komunikacji. Hotel tym razem był lepszy na zdjęciach niż w rzeczywistości, ale już marudzić nie chciałem. Zakwaterowanie i znów ucieczka do miasteczka na powtórkę mniej więcej wczorajszego scenariusza. Tym razem trafiłem do fajnego rockowego baru, więc nawet załapałem się na całkiem miły występ lokalnej kapeli. Wracając byłem jedynym człowiekiem w promieniu 20 mil, który używał do przemieszczania swoich nóg.

Sen i powrót

Jeżeli myślicie, iż na końcu stało się coś nieoczekiwanego to rozczarowanie- wszystko szło zgodnie z planem. Wyruszyłem czujnie do NY kilka godzin wcześniej, załapałem się na całkiem miły widok od strony NJ, zjadłem niedobry lunch i doszedłem do wniosku, iż po tej stronie rzeki wynudzę się przez kolejne 4 godziny. Decyzja jest więc szybka i za 15 minut melduje się na ulicach NY

W części zlokalizowanej przy Canal Street to wiele się nie dzieje. Znalazłem więc lokalny dziecięcy meczyk baseball i przesiedziałem w cieniu 2 godzinki patrząc na mega zaangażowanie dzieci/rodziców/trenerów. Sam sport nudny jak flaki z olejem. Jako, iż do lotu już bliżej spokojny spacer do nowej stacji Word Trade Center i z małymi postojami plus bez biletu na jedną stację Amtraka wita mnie Newark Airport. Standardowo z tych kilku godzin jakie miałem zostało 90 minut więc szybka oprawa  i w oparach uciekającego czasu mały posiłek w Business Lounge.

Jaki ten wyjazd był bez sensu to głowa mała. Postanawiam, iż w najbliższym czasie nie robie nic głupiego. Za tydzień siedzę w samolocie do Mediolanu po zrobieniu czegoś naprawdę mało sensownego ale o tym to już pisać nie będę…..