US'18

W ramach oryginalnego wstępu zaczynam od końca- to był chyba najspokojniejszy wyjazd w moim życiu. Będzie nudno, jak flaki z olejem, ale chyba coś takiego mi było także potrzebne.

Zaczęło się jednak w miarę standardowo.

Plan główny to dwa spotkania. Jedno w NY drugie w Cleveland. Te dwa miasta muszą być więc na trasie obowiązkowo. Do tego dochodzi jeszcze ważniejszy punkt- Blazers w Minnesocie. Logistycznie jak na 4 dni to niezbyt łatwe zadanie, szczególnie, iż trzeba wymyślić lotnisko bazowe. Bardzo wcześnie, bo na 24 godziny przed planowanym wylotem zaczynam obmyślać taktykę. Jako, iż jestem sztucznie oszczędny w kwestii biletów lotniczych, co zawsze kończy się podróżami w cenie Busines Class, plan numer jeden opiera się na wylocie z Pragi. Plan generalnie był dobry, wszak przy okazji byłaby okazja napić się piwka w tamtejszych knajpkach niestety wymagało to wszystko trochę wcześniejszego planowania. W piątek o godzinie 15 dostanie się do Pragi na wylot o 6 rano stało się cokolwiek awykonalne. Przestawiam się więc na Warszawę i finalnie na 6 godzin przed wylotem przy całkiem miłym spotkaniu towarzyskim „u Romana” bilet trafia na moją skrzynkę pocztową a w drugim kierunku lecą złotówki. Klamka zapadła.

To, iż ten wyjazd będzie wyjątkowo spokojny zwiastowało już samo dotarcie na lotnisko. Może nie miałem aż tak wiele czasu, aby najeść się darmowym śniadankiem na lotnisku, ale w innych przypadkach zamiast tego stałem przecież w najlepszym wypadku do kontroli bagażowej. Powiem, iż to całkiem miłe uczucie nie pobijać rekordów na 100 metrów z bagażem podręcznym w ramach sztafety amatorskich biegów lotniskowych. Jako ekspert od katastrof lotniczych siadam w miejscu ewakuacyjnym i delektując się lotem za chwilę jestem w Brukseli.

Lubię brukselskie lotnisko bez dwóch zdań. Pamiętajcie- nigdy Amsterdam. Zajadam spokojnie śniadanko numer dwa, aby spokojnie zameldować się jako ostatni pasażer na lot do NY. Wszystko jednak było pod kontrolą. Zawsze mnie dziwi po co ludzie tłoczą się w kolejce, aby siedzieć dodatkowe 30 minut w samolocie. Oczywiście jeżeli mówimy tutaj o klasie turystycznej bo w First Class to i o wszem chętnie bym się meldował już w hangarze. To był chyba mój pierwszy lot do USA Brussels Airlines, ale było całkiem ok. Jedyny minus to oferta filmowa, gdzie naprawdę nie dało się wybrać praktycznie nic, ale pozycji było poniżej 40. Dzięki temu obejrzałem jednak 6 odcinków Homeland.

Oczywiście największe emocje dopiero przede mną. Ostatnio spędziłem sporo czasu na posterunku policyjnym w Newark i na to samo nastawiałem się teraz w przypadku JFK. Muszę jednak przyznać, iż zaczyna to wszystko wyglądać lepiej. Wybrałem automatyczną weryfikację wizy, kolorek zielony ucieszył moje oczy, brak oddziału antyterrorystycznego tym bardziej. Jeszcze tylko dosłownie dwa słowa u oficerki emigracyjnej i można było cieszyć się lotniskiem JFK z drugiej strony. Luzik na maksa.

Jako, iż wszystko idzie jak po maśle ochoczo startuje po zarezerwowany samochód. Także żadnych problemów i po kilkudziesięciu minutach mogę już delektować się korkami autostradowymi oraz jak zawsze najlepszymi stacjami radiowymi, chociaż muszę przyznać, iż ilość rockowego grania chyba lekko spada. Trend światowy, ale jedna porządna stacja jest. Krótka wizyta na Bronxie kończy się tylko zdjęciami i tą samą ilością zębów, z jaką tam wchodziłem.

Czas obmyślić plan. Mamy sobotę godzinę 17 a mecz w Minneapolis dzień później o 20. Mam więc 27 godzin. Generalnie sporo, gdyby nie fakt, iż do pokonania jest 1200 mil, czyli według optymistycznej wersji 19 godzin ciągłej jazdy. Do tego dochodzi zmiana czasu oraz fakt, iż ostatniej nocy nie spałem. Patrząc realnie plan jest nie do wykonania i szczerze powiedziawszy nastawiam się, iż jednak meczyku tym razem nie obejrzę.

Sytuację utrudniam sobie stając po godzinie jazdy na jedzonko. Nie wiem czemu, ale zawsze wybieram bufety chińskie. Generalnie nie jadam w takich miejscach poza USA, ale tam to stał się jakiś rytuał. Miejscóweczka bardzo fajna, najadłem się tradycyjnie jak prosiak i dzięki temu od razu zachciało mi się spać. Szybkie spojrzenie na opcje hotelowe i dzięki wnikliwej analizie znajduje wysoko oceniony hotel w dobrej cenie przy mojej autostradzie. Mam do niego 200mil.

Ciężkie to było 200 mil. Ostatnie 100 - to już dramat. Staje na każdym parkingu, aby przespać się te 10-15 minut przy czym na ostatnim przyśniło mi się, iż dalej jadę. Takiej paniki i braku możliwości reakcji dawno nie miałem. Wydzierając się na cały parking „kuuuuuuuuurwa” obudziłem się na dobre i te 40 mil pokonałem już w całkiem dobrej formie. Na zewnątrz -18.

Lubię to uczucie, kiedy wchodząc do hotelu mówię sobie, iż było warto się poświecić. Pierdolę już te ich motele. Pokój czysty, przestronny, na pierwszym piętrze co dla mnie jest ważne. Dwa wielkie łóżka. Jeżdżąc do USA musicie pamiętać, iż nie tak łatwo spać z towarzyszką podróży jeżeli ona sobie tego nie życzy. Te dwa identyczne wielkie łóżka mogą być też dobrą opcją dla par w separacji. Nie musicie rezygnować z podróży. Jako jednak, iż byłem sam musiałem tylko wybrać które z nich stanie się teraz moim sennym wyborem. Postanowiłem nie wybierać do rana. Godzina 23 więc mały przegląd kanałów telewizyjnych i gdzieś tam na którymś zasypiam.

Pobudka o 5:30

Gdy już się obudziłem to oczywiście wraca plan jazdy do Minneapolis. Google pokazuje, iż jak się sprężę to mam godzinę zapasu. Totalnie powalony plan, ale „jak nie my to kto”. Wyjątkowo trafiam na śniadanie o 6 i dowiaduje się, iż moje wypasione kucharskie zdolności w tworzeniu gofrów zastąpione będą przez maszynę. Jestem niepocieszony, ale cóż mi pozostało. Szybkie amu i o 6:10 ruszam. Przy pierwszym tankowaniu i krótkiej rozmowie z krajem ojczystym spoglądam, iż zapasu zostało mi już tylko 50 minut ale przecież na razie nie ma korków. Później wpierdzielę się w takowe na wysokości Chicago i mecz to sobie obejrzę, ale znów w jakiejś knajpie. Z wielkim bólem serca rezygnuje i skręcam w boczną drogę, aby spędzić ten dzień w tamtejszych okolicach. Za cel obieram sobie tylko Pittsburgh.

Piękną tutaj mamy zimę. Podziwiam wschód słońca, robię kilka fotek w mniej lub bardziej oczywistych miejscach. Tym mniej oczywistym jest linia kolejowa, do której prowadzi dosyć strome zbocze. Może bym się nawet nie zdecydował na schodzenie w dół, gdyby nie fakt, iż zachętą była tabliczka, iż grzywna za to wynosi 250$. Sprawdziłem konto, patrze że tyle mam, więc idę. Efekty widać.

Czas na kawę.

 

Po drodze napotykam miejscowość Butler a tam niezwykle przyjemną miejscówkę kawową. Dwie obsługujące ją dziewczyny o mało nie umierają z wrażenia, iż przyjechałem tutaj na urlop, ja tymczasem umieram z wrażenia patrząc na ich urodę. I tak sobie stoimy. Mój szok to efekt tego, iż przecież jesteśmy dosyć blisko Cleveland- jedynego miasta nie posiadającego w spisie mieszkańców ładnej kobiety. Sorry. Kawka była wyśmienita a kawowa dziewczyna trafia przynajmniej na mojego Instagrama.

Z nowymi siłami melduje się w Pitsburghu. Niesamowite miasto. Bywałem tutaj wcześniej, aby w czasach robienia słynnego tiramisu kupować jeden ze składników, ale jakoś nigdy nie zdecydowałem się większe zwiedzanko. Tym razem było inaczej. Spędzam jakieś 4 godziny na szwędaniu się tam gdzie się szwędać powinno i tam, co jest dla mnie o wiele ciekawsze, tam gdzie się nie powinno. Piękna słoneczna pogoda łagodzi około 15 stopniowy mróz. Mam plan nawet coś zjeść, ale gdzieś tam wraca sentyment z Cleveland i jednak decyduje się poczekać na tamtejsze miejscówki. Tak więc kierunek Cleveland i zarezerwowany właśnie The Hyatt Regency. Zajebisty hotel w jeszcze bardziej zajebistej cenie. 300zł – za tyle go nigdy nie widziałem. Jedziemy.

Po drodze jedzonko w barze Seefood. Niestety wzywam szybko managera tamtejszej placówki bo ze 100 dań jakie tam zawsze były wycofali dwa. Akurat te dwa na które tutaj przyjechałem. No ja pierdolę. Gdybym tak trafiał w totka... Nic to jednak. Ważniejsze są wspomnienia a wspomnień z tego miejsca mam mnóstwo. Najedzony kieruje się do centrum Cleveland

No dopiero tutaj mam wspomnień. Każdy kamień pamięta moje kroki. Każda kobieta moje rozczarowanie. Jako, iż większość czasu spędzałem tam w zimie to wspomnienia są teraz jeszcze bardziej intensywne. Ile ja się tam namarzłem na przystankach autobusowych. Zostawiam auto na parkingu, ładuje się do wypasionego hotelu i postanawiam spędzić ten czas tak, jak spędzałem wcześniej. Pierwsze więc co robię, to ładuje się do komunikacji miejskiej. Cel happy dog pub, gdzie zostałem vicemistrzem miasta w Pinballu. To były czasy. Tam także darłem mordę jak głupi po jednej z wygranych Portland no i tam przeliczyłem się w pojedynku bokserskim padając po pierwszym ciosie od przedstawiciela afroamerykańskiej kultury. Z krwi na szaliku Hutnika w którym paradowałem byłem jednak dumny i nawet ze dwa w nim pochodziłem.

W pubie dwie partyjki pinballa (wyszedłem z wprawy) piwko a nawet dwa, jakiś mało wyraźny kelner no i udawałem intelektualistę, chociaż żadnego celu w Cleveland mieć nie mogłem. Po prostu doczytałem książkę.

Czas jednak na meczyk w Minneapolis. To już knajpę muszę zmienić na mój sztandarowy pub. Przybywam i tutaj to już ilość wspomnień mnie zabija. Siadam tam gdzie zawsze, biorę to co zawsze i oglądam to co zawsze. Wtopiliśmy jednak ostro a jeżeli chodzi o ostrość to zabijają mnie też tamtejsze skrzydełka. Pewnie bym jeszcze poszedł w inne miejsca nocne, ale padam na twarz- kierunek Hyatt.

Po mega zdrowym śniadaniu spotkanie biznesowe na 68 piętrze. Znana panorama. Jest godzina 12 i trzeba myśleć co dalej. Opcja numer jeden to zostanie w Cleveland, ale bardziej podoba mi się powrót na wschodnie wybrzeże. Sięgam po pomoc w Polsce jeżeli chodzi o wybór hotelu i mam przed sobą 9 godzin podróży. Zaczynam od SB i kawy. To kolejne miejsce z mega wspomnieniami więc zamiast 5 minut bawię tam 90. Zwiedzam dodatkowo okoliczną dzielnicę i po godzinie jazdy znów zatrzymuje się na długi postój kawowy. Zrobiła się 15 więc plan dotarcia nad morze taki sobie.

Może i bym dojechał, bo miałem naprawdę ochotę, ale warunki drogę zrobiły się naprawdę fatalne. W 1/3 trasy zmieniam plan i szukam czegoś po drodze. Dzięki za pomoc. Wynajduje(my) dobrze wyglądający hotel, który na zdjęciach robił wrażenie. Niestety tylko na zdjęciach. Większość osób już wie, co im napisałem później na Bookingu. Naprawdę łażenie na mrozie po parku aby złapać Wi-fi i brak ciepłej wody mnie wkurwił. Rano przez Harisburg uderzam już do NY.

NY jak NY. Fajny hotel na 40 ulicy. Szczerze muszę powiedzieć, iż coraz lepiej wybieram tam miejscówki. Oczywiście i tak hitem była kiedyś noc w parku. Oddaje samochód, jadę na spotkanie komunikacją miejsca, przechadzam się po ulicy, gdzie 20 lat temu ścigano mnie z bronią palną co by mi wystrzelić kulkę w łeb. Po tym okresie już chyba jednak nikt mnie tam nie pamięta.

Ponownie mecz, tym razem oglądany w miłej East Village i grzecznie o północy melduję się w hotelu. Wiem- nudy. Poranne śniadanie dodaje mi energii na tyle, iż zwiedzam mniej lub bardziej znane już rejony. Tym razem głównie Brooklin. Jakoś jest miło. Planuje także tym razem nie spóźnić się na samolot i finalnie plan się udaje, chociaż lekko go nadwyrężyłem przez uparte szukania prezentowego kalendarza. Dzięki niemu jednak melduje się ponownie w WTC.

 

Po raz kolejny bye bye NY

Jako, iż emocji mi tym razem najwyraźniej brakowało zostawiam sobie je na ostatni dzień. Podróż z NY super, ponieważ praktycznie leciałem sam. Mam 3 godziny na przesiadkę dzięki czemu postanawiam sprawdzić łóżka w BL. Sprawdziłem na tyle, iż obudziłem się na 15 minut przed odlotem. Spokojnie jednak bo lot jest 15 minut opóźniony. Wracam na kawę do BL po czym…. Samolot mi odlatuje. Noż kurwa!

No dobrze. Przebookowanie. Na dzisiaj się nie da. To nawet fajnie bo postanawiam spędzić 24 w BL. Może będzie ciekawie. Na jutro jednak też się nie da. Zostaje tani przewoźnik. Siedzę do oporu i udaje się na drugie lotnisko pociągiem. Po jakiego chuja ja wymyśliłem wysiadać dwie stacje wcześniej to nie wiem. Nie ma tego złego jednak- autobusem dojadę w 25 minut. Plan prawie się udał oprócz tego, iż ostatnią fazę chciałem przejść już na nogach naiwnie myśląc, iż terminal jest tam gdzie jest. Niestety był po drugiej stronie. Prawdopodobieństwo, iż zdążę na samolot spadło praktycznie do zera.

Ratuje mnie z opresji autobus parkingowy. Uff...

IMG_20180115_095036_267_1